Listopadowe plusy i minusy

Listopad zawsze mnie dojeżdżał jakoś bardziej. Głównie przez wzgląd na ograniczone promienie słoneczne, których brak dopada mnie niesamowicie szybko. Nie potrzebuję żadnych styczniowych niebieskich poniedziałków, u mnie cały listopad jest niebieski. Zawsze kojarzył mi się z ciemnością i to taką, w którą jeszcze się nie wiesza światełek choinkowych gdzie się da. Ale w tym roku chyba sobie już powieszę - i to wcale nie przedwcześnie. Teoretycznie mam takie na balkonie, ale na baterie słoneczne, a więc niestety nie mają się czym ładować i się zwyczajnie nie świecą. 

Natomiast cenię sobie w listopadzie to, że to idealny miesiąc na palenie świec i robienie otulającej herbaty do dzbaneczka. Mamy całą szafkę kuchenną wypełnioną wszelkimi rodzajami herbat sypanych i ekspresowych, więc nawet gdyby teraz we wszystkich sklepach miało ich zabraknąć to jestem ubezpieczona myślę, że spokojnie do kolejnej jesieni włącznie. 

W listopadzie cenię sobie też to, że wieczory przychodzą szybciej. Jeśli chodzi o ciemne dni vs ciemne wieczory zdecydowanie bardziej podoba mi się wersja wieczorna. Tu przynajmniej ta ciemność ma jakieś logiczne usprawiedliwienie - brak słońca na horyzoncie. Natomiast gdy za dnia muszę już zapalać lampkę, bo inaczej nie zobaczę zbyt wiele wtedy budzi się we mnie pewnego rodzaju bunt i smutek jednocześnie. I to mi się najzwyczajniej w świecie nie zgadza. Poza tym z takich praktycznych aspektów szybsze wieczory = szybsze usypianie dzieci = szybsze wieczory w ciszy. ;) Z rodzicielskiego punktu widzenia nie widzę tu żadnych minusów. 

Moim ratunkiem są listopadowe tańce - na szczęście wrócił już mój ulubiony instruktor, więc mogę sobie pozwolić na wesołe wygibasy w miłym towarzystwie. Właśnie udało mi się zapisać na najbliższe i jestem z tego faktu niezmiernie zadowolona. Już na samą myśl mi przyjemnie, że zostały zaledwie dwa dni aż wreszcie ruszę dupkę. Ćwiczenia fizyczne to od roku jeden ze sposobów (skuteczniejszych!) na moje radzenie sobie z jesienią. Co zrobić żeby nie podjadać - to pytanie towarzyszy mi od ponad roku i póki co działa. 

Drugim ratunkiem są listopadowe książki, a w zasadzie ich czytanie - nie sam fakt posiadania ich na półce w salonie. W tym roku po raz kolejny wystartowałam z Zimowaniem Catherine May i mam nadzieję, że tym razem uda mi się dokończyć i podsumować ją (może nawet tutaj - dla własnej pamiątki?) w jakimś wątku. Latem trochę mi było szkoda czasu na czytanie i najwięcej książek przesłuchałam w formie audiobooków, natomiast z uwagi na upadek Legimi i niezmiennie urzekający zapach prawdziwej książki - powracam do namacalnej przyjemności wieczornego czytania przy lampce. 

I trzecim, ostatnim, jaki w tym momencie przychodzi mi do głowy to spacery. Spacery po lesie, spacery po parku, a kiedy już spadną wszystkie liście to nawet i po mieście też jest ok (albo w lasach iglastych). Świeże, wilgotne powietrze... chociaż przez 30 minut już dobrze robi na wszystkie moje zmysły. 

https://youtu.be/Qpk8hPPDxlQ?si=hl-CAxFv3DDcAc0D

Oczywiście słuchać muzyki jak najwięcej. 


Komentarze

Popularne posty