Szafa, która się rozlała

Dzisiejszy dzień jest pierwszym dniem odkąd jestem mamą, w którym jestem na weekend sama w domu. Bez męża, bez dzieci na prawie całe dwa dni. To aż trudno uwierzyć, ale na prawdę tak jest. Od 7 lat byłam non stop z kimkolwiek. Najdłuższa przerwa to było 8h, kiedy dzieci były w przedszkolu a mąż w pracy, ale też z taką myślą, z czekaniem na porę, z zerkaniem na zegarek ile mam jeszcze czasu i czy przypadkiem nie muszę już jechać. Co robi kobieta, mama małych dzieci, gdy jest pozostawiona sama w swoim mieszkaniu? Oczywiście sprząta to, czego nie posprzątała już dawno albo nie miała przestrzeni, bo chorowała przez ostatni tydzień.. ale mnie tym razem wzięła sprawa szafy z dziecięcego pokoju. Szafa, którą moja córka miała w pokoju od momentu jej narodzin. Szafa, którą kupiła moja mama, gdy leżałam 7 lat temu na patologii ciąży i którą złożyli moi rodzice z moim teściem, gdy urodziła się nasza I. 


Wystawiłam ogłoszenie o sprzedaży jej już ponad pół roku temu, ale jakoś specjalnie nikt nie był nią zainteresowany. Wystawiłam ją więc dzisiaj na grupie oddawczej bardzo popularnej miejskiej śmieciarce. Chętna Pani znalazła się już po 3 minutach. Zasady grupy są takie, że rzeczy się oddaje, by dać im drugie życie, ale no... za darmo. A szafa... stan idealny, wykochana przez 7 lat, mająca nawet całkiem sporo dobrych wspomnień, sentymentu,.. "widziała" jak dziecko mi rośnie, bo przecież przechowywała jej sukienki, bodziaki, ubrania, a przez chwilę nawet zabawki przez dość długi czas. Przyjechał Pan. Oddałam mu szafę, on mi dał czekoladę. Nie spodziewałam się tej czekolady, ucieszyła mnie. Odjechała. Nawet nie wiem gdzie, ani komu będzie służyć, ale mam nadzieję, że komuś owszem. To nie jest pierwsza rzecz, którą oddałam na tej grupie z dziecięcego pokoju, wcześniej był to już przewijak, dwa łóżeczka niemowlęce, a teraz ta szafa... Widziałam w niej wartość, mimo że nikt mi tej wartości nie zwrócił. A jednak dostałam w zamian czekoladę. Nie spodziewałam się tego zupełnie, pozytywnie zrobiło mi się cieplej na sercu. Drobne gesty życzliwości. Wdzięczność, towar deficytowy.



Ale jakoś to mnie tak głęboko poruszyło w środku, na tyle głęboko, że zaczęłam się zastanawiać, dlaczego. Dlaczego strata rzeczy tak bardzo mnie poruszyła. Przecież nie miałam dla niej miejsca w mieszkaniu, przecież potrzebna była większa, przecież nie znajdzie już u nas zastosowania. A jednak. Czułam jakąś niewytłumaczalną stratę. A może chodziło o czekoladę? Że myślałam, że nic nie dostanę, a jednak mile mnie zaskoczono? Byłam jednocześnie i smutna z powodu straty, sfrustrowana, bo oczekiwałam jakoś, że uda mi się choć w połowie odzyskać jej wartość... a tu takie (prawie) nic. Rozpłakałam się. I wtedy to do mnie dotarło. Siedząc na kanapie dotarło do mnie to, co się stało. Nie chodziło wcale o szafę, ani o czekoladę. 


Szafa była tylko symbolem. Symbolem straty czegoś, co wydawało się być dla mnie wartościowe, ale wcale takim nie było. Z czym wiązałam ogromne nadzieje, a na koniec zostałam z niczym. Wcale nie było mi to ani potrzebne, ani sprawiające szczególną radość. Wręcz przeciwnie. Coś, co straciłam prawie pół roku temu było zupełnie bezwartościowe. Nie dawało mi niczego poza frustracją, niespełnionymi oczekiwaniami, a wręcz prowadzące do głębokiego rozczarowania. Rozczarowania osobą, której poświęciłam wiele czasu, uwagi i współczucia. Towarzyszyłam w wielu stratach, żałobach i trudnych momentach. Miałam nadzieję, że ona kiedyś też zechce poznać mnie, moje wnętrze i bogatą historię mojego serca. Niestety... moje nadzieje okazały się zupełnie złudne i pozbawione jakiejkolwiek racji bytu. Wartościowym był dla mnie wówczas poświęcony kiedyś czas, uwaga, a nawet wyjście poza własny komfort, by zrobić dobrze osobie, która w ogóle nie potrafiła tego docenić. Jedyne, co potrafiła zrobić starannie w moją stronę to obsmarować mnie za plecami, łżąc o mnie, o moim domu, o moim mężu oraz o dzieciach. Grzebiąc w moich rzeczach, otwierając moje prywatne szafki bez mojej zgody. Obgadując mnie bez hamulców przy innych, a nawet chcąc mnie wyprosić ze wspólnoty ludzi, których tam pokochałam tylko dlatego, że zrobiłam coś inaczej, niż ona chciała. Zatajając przede mną wiele, jednocześnie o wiele mnie prosząc bez umiaru. Bez względu na moje potrzeby, uczucia, czy możliwości. Biorąc biorąc i biorąc, na koniec zostawiając mnie z niczym. Choćby z głupią czekoladą. 


Straciłam osobę, do której jeździłam w jej kryzysach... a jednocześnie osobę, która każdy mój kryzys traktowała jako coś zbędnego, zbyt wymagającego. Jako coś nie wartego uwagi, poświęcenia czasu, czy dobrego słowa. Coś, co można mi kiedyś wypomnieć. Wykonałam w jej stronę ocean przysług, a za żadną z nich nie otrzymując wdzięczności, pamięci, uwagi. Przyjaciół poznaje się w biedzie... dźwięczało mi w uszach. Na koniec dowiedziałam się, że momenty, w których jej potrzebowałam to było narzucanie się, wchodzenie w głębszą relację, której ona nie chciała. To czego chciała? Nigdy się tego nie dowiedziałam i już nie dowiem. Ale wiecie co? Wcale nie muszę a na ten moment nawet i nie chcę. Nie chcę mieć z nią już nic wspólnego. Czasu, energii i poświęcenia już nie odzyskam. Ale wyciągam z tego lekcję dla siebie, by nigdy więcej nie powtórzyć swojego błędu i nie rzucać pereł przed wieprze. 

Ludzie się nie zmieniają. Czasem tylko lepiej kłamią. 


Mam swoje ukochane przyjaciółki, przyjaciela i przyjaciela-męża i nie potrzebuję nikogo więcej już wpuszczać do swojego serca. Nie mam siły na kolejne rozczarowania. 

Czy to deklaracja? Być może. 



Być może najwyższy czas zmienić swoje standardy i zacząć się cenić. Cenić bardziej to, co mam i kogo mam obok siebie. A przede wszystkim cenić swój czas, którego ostatecznie nie mam zbyt wiele. 

By niczego już więcej nie żałować. I żyć. 


https://www.youtube.com/watch?v=NFU34wCsZvo 

https://www.youtube.com/watch?v=6ocRDEuD9Pg



Komentarze

Popularne posty