Ku pamięci
Ten post miał zostać opublikowany 26.02.2016 roku i od tego czasu wisi w roboczych. Pomyślałam, że skoro i tak już wylewam myśli w jakąś przestrzeń to udostępnię wszystko co zostało ukryte.
Jest kilka rzeczy niezmiennych.
Niezmienne jest to, że ludzie przychodzą. Czasami zostają na zawsze, ale najczęściej odchodzą. I wcale nie mam tu na myśli odejść do innego miasta/państwa, bo takie rzeczy wcale nie muszą oznaczać końca. Chodzi mi o odejście od rozmów, koniec komunikacji. Koniec zainteresowania. Koniec wymiany myśli, poglądów, emocji. Koniec słów, ale przede wszystkim najgorszy koniec - gestów, istnienia, bycia. Z różnych powodów dochodzi do takich..końców. I choć wiem, że czasem takie odejścia muszą mieć miejsce z jakichś powodów to... mimo braku kontaktu, we mnie zostają na zawsze. To pewnego rodzaju tęsknota, choć może nie do końca dokładnie tak zinterpretowana. Taka troszkę tęsknota, taka trochę bardziej refleksja...
Krótki błysk światła.
Istniejemy.
Bo gdy człowiek przychodzi, a my go poznajemy... to chcąc nie chcąc zostawiamy w nim cząstkę siebie. Czasami bywa to cząstka, która już do nas nie wróci, którą potem długo musimy w sobie stwarzać/budować od nowa. Zaufanie? To też, choć mi akurat zaufanie przychodzi łatwiej, niż mogłabym się spodziewać. Nie zawsze, ale... To pewnie przez nadzieję. Nieustającą nadzieję na odnalezienie prawdy. A właściwie to czegoś prawdziwego. Czegoś stałego. Czegoś/kogoś, kto będzie zawsze. Zawsze - nie tylko przy nas, ale w nas. Ludzie są tak różni...i jednocześnie bywają tak zaskakująco do siebie podobni. Co trzeba zrobić, by ich znaleźć? Trzeba szukać. Albo pozwolić im po prostu się odnaleźć.
I choć potrafisz bez niej żyć, generalnie radzisz sobie, masz duże pokłady innych rzeczy albo nawet tej samej, to... gdzieś tam momentami przychodzi takie coś, taki.. krótki błysk światła.
Choć powszechnie wiadomo, że pewne rzeczy się kończą, że już nie wrócą. Bo każda rzecz ma swój czas.
Krótszy, dłuższy, zależy od szczęścia? Zależy od Bożej woli.
Generalnie wiadomka, Ameryki nie odkryłam, wiem.
Tak btw - taka myśl - że się tak trochę w ten sposób unieśmiertelniamy. Jak Voldemort, wiecie. Co prawda nie zabijamy ludzi, żeby móc się rozdzielić... ale tym, których znamy/znaliśmy... dajemy takie swoje "horkruksy". Taką część siebie, taką pamięć o nas. Która sprawi, że będziemy nieśmiertelni. Póki pamięć o nas żyje - żyjemy i my.
Bywa tak, że nawet po długim czasie od przerwania znajomości, nawet po wyjaśnieniach, odpowiedziach na pytania, wybaczaniu sobie różnych rzeczy itd.. To w ludziach pozostaje czasem taki żal, taka gorycz. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego.
Czasem się zastanawiam..
Jak to jest.. że ludzie tak często pielęgnują namiętnie w sobie taką jakby złość, żal... zazdrość?
I to zupełnie bez konkretnego powodu, przyczyny, czy czegokolwiek istniejącego. Tak o, po prostu. Bo lubią czuć się gorsi? Lubią udawać przed innymi wieczne ofiary? Lubią wymyślać na innych, często fałszywie?
Szkoda mi takich ludzi, naprawdę. Szkoda, że nie potrafią się ogarnąć i jakoś tego sobie poukładać.
Że nie potrafią wybaczać innym, nie wspominając o sobie.
Ale najbardziej przykre jest traktowanie ludzi z góry. Jakby się było nie wiadomo kim.
No ale nic. Istniejemy. Wybaczamy. Życie idzie do przodu.
A kto tego nie robi, no cóż, to się nie rozwija. A szkoda.
Ale mimo to, że wiesz, że wasz czas minął... To gdzieś tam nadal interesuje Cię, jak ten ktoś radzi sobie w życiu dalej, to co osiąga, czy jest szczęśliwy. Bez konkretnych zamiarów, ot po prostu. Z czystej sympatii. Z czystego zainteresowania. W końcu...
Zostawiliśmy w niej cząstkę siebie. Niezależnie od tego, co stało się dalej, a co jeszcze przyjdzie...
I to jest pewnego rodzaju miłość. Taka bezinteresowna, taka... no, po prostu. Która jest.
I może nie jest dwustronna i "żywa" no to też "martwa" nie jest. Po prostu jest.
Coś, co zostawia nam tylko listę pełną niedomówień i pytań bez odpowiedzi. Że po tym wszystkim rodzi się i zostaje, niedokończone pytanie: dlaczego? To takie po prostu przykre.
Przykre takie zachowanie.
No i po czymś takim - jak to się dzieje, że nadal chce nam się nam szukać, pytać dalej?
Tak mimo wszystko gdzieś tam, za siódmą chmurą być?
Wiem, że pewne rzeczy po prostu są niezmienne.
I że warto szukać, mimo przeciwności.
I warto pytać, mimo odrzucenia.
Warto żyć, mimo wszystko. Ryzykować i kochać i próbować dopóki się uda.
Bo w końcu odnajdziemy prawdę. Ona gdzieś tam na nas czeka.
Co zabawne - często wcale nie musimy jej daleko szukać, bo ona czeka na nas bardzo blisko. Tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy.
Ja ją mam, znalazłam, choć wcale nie musiałam. Bo jest ze mną od zawsze. A przynajmniej mam takie wrażenie.
Że po prostu czekała, aż pozwolę jej wejść w moje serce. I jestem szczęśliwa. I wiem, że było warto.
Prawdą jest, że dopiero gdy zapominamy o człowieku...ten rzeczywiście od nas odchodzi.
Póki pamięć trwa, co by nie było, część nas w nim nie umiera nigdy.
I to jest piękne na swój sposób.
Przy kimś takim nie odczujemy pustki, a pozostawi po sobie tylko...czystą, prawdziwą i wieczną miłość. Taką, która wszystko wyjaśnia, która nie zostawi niedomówień, czy pytań bez odpowiedzi. Taką, która jest pięknem, czułością, ciepłem...i nieustającą radością na samą myśl. Docenieniem i odpowiedzią na wszystkie pytania świata.
O taką należy dbać, pielęgnować, walczyć każdego dnia. Wiadomka, co ma przetrwać przetrwa, ale proszę....,
I innych ludzi.
To, jak mówimy o innych - mówi o nas samych.
Więc choćby z szacunku.
Stać Cię na to?










Komentarze
Prześlij komentarz